Canon T90 body II

550.00 

1 w magazynie

Opis

Aparat używany, w bardzo dobrym stanie, widoczne niewielkie ślady użytkowania, w pełni sprawny.

W zestawie: aparat, dekielek na body, 4 baterie AA, pasek

Gwarancja: 1 miesiąc

Na aparat wystawiamy paragon lub fakturę VAT-marża

CANON T90 – od początku lat 70tych, kiedy to Canon postanowił pokazać światu, że Nikon nie ma monopolu na lustrzanki profesjonalne i wyprodukował oryginalnego F-1, firma wypuściła 4 serie aparatów. Pierwsza, otaczająca właśnie F-1, to takie klasyczne rozwiązania, jak na przykład EF, FTQL czy FTb. Później, w drugiej połowie lat 70tych, przyszła seria A (AE-1, AE-1P, AV-1, AL-1, A-1). Na początku lat osiemdziesiątych Canon zastąpił stale obecnego F-1 przez F-1N, a następnie rozpoczął produkcję serii T (T50, T70, T80 i T90), po których nastąpiła eksplozja serii EOS.
Obraz, jaki przychodzi mi na myśl patrząc na serie aparatów najważniejszych firm, to okręty na morzu. Każda firma produkująca aparat profesjonalny, “okręt flagowy”, robi również aparat nieco lżejszy i o bardziej amatorskim profilu, który ma mu towarzyszyć (np.: Nikon F4 i 8008s). Towarzyszem Canona F-1 był EF, a później A-1, którym, wbrew temu co myślano i w samej firmie i poza nią ze względu na ogromne, jak na tamte czasy, opieranie się na elektronice, posługiwało się sporo zawodowców. A-1 zabierano często jako drugie “body” z F-1N. Później pojawiła się seria T, ale żaden aparat z tej serii nie był w stanie zastąpić A-1 aż do chwili, gdy wypuszczono ostatni model tej serii, najlepszy i wogóle jeden z najciekawszych w historii firmy Canon oraz jeden z najbardziej znaczących dla rozwoju kształtu aparatu oraz elektronizacji funkcji sprzętu – T90.

Pomyślany dla ambitnych amatorów podbił wielu zawodowców i część z nich przestała wogóle zabierać na niektóre zlecenia F-1N. Nietrudno zrozumieć dlaczego. T90 dawał 4,5 klatki na sekundę będąc dużo lżejszym od F-1N z motorem, świetnie leżał w ręku, miał ogromną rozpiętość czasów otwarcia migawki, czasy połówkowe, świetny czas synchronizacji lampu błyskowej i niezwykłe możliwości w połączeniu z lampą 300TL, szerokie możliwości precyzyjnego pomiaru światła i można tak bez końca. A poza tym część zawodowców uznała, że jest na tyle niezawodny, że nie potrzebuje “wsparcia” innego, bardziej mechanicznego aparatu.

Ciało i krew
Kształt T90 zawsze robi na mnie wrażenie: włoski projektant Colani, jak na Włocha przystało, stworzył mu piękne ciało, to znaczy korpus. Ergonomiczny, opływowy kształt jakby wyrafinowanej nuty na partyturze. T90 leży idealnie w dłoni, a palce naturalnie trafiają na większość przycisków. Dotyczy to osób o dużych i przeciętnych dłoniach, dla których Olympus wydaje się nieco za mały; ludzie o małych dłoniach mogą uznać, że trudno im utrzymać T90. Ponadto nie jest to aparat lekki (800 gram). Pamiętajmy, że tkwią w nim trzy silniki: rozwiązanie to zdaniem Canona jest energooszczędne i podnosi sprawność poszczególnych operacji (odrębne silniki do naciągu 1. filmu, 2. lustra i migawki oraz 3. zwijania powrotnego). Ponadto w dolnej cześci aparatu znajduje się pojemnik na baterie zasilające wszystkie funkcje aparatu: cztery paluszki (baterie R6) lub akumulatory. Jest to atrakcyjna cecha: paluszki są tanie, a jeśli zainwestuje się raz w dobre akumulatory (Varta lub Panasonic są niezłe) i ładowarkę, ma się spokój na parę lat z pakowaniem pieniędzy w zasilanie aparatu. Pamiętajmy o tym, jeśli robimy dużo zdjęć. Ktoś, kto używa aparatu parę razy w roku może być całkiem szczęśliwy z litowymi bateriami 6-woltowymi, które są drogie i nie tak powszechnie dostępne. Ale, gdy robi się zdjęcia często baterie stają się bardzo kosztownym elementem zabawy. Długie ekspozycje robione na B również zużywają prąd w prawie wszystkich nowoczesnych lustrzankach.

Przyciski i pokrętło T90 leżą pod palcami: jeśli chodzi o prawą dłoń, palec wskazujący naturalnie trafia na spust migawki, przycisk do dokonywania pomiaru wielopunktowego i pokrętło wprowadzania danych, natomiast kciuk na przyciski na górze z tyłu aparatu: przycisk pomiaru światła (co pozwala uniknąć przypadkowego zrobienia zdjęcia, co zdarza się czasem przy mierzeniu światła przez wciśnięcie do połowy spustu migawki, zwłaszcza, że w T90, poza trybem pomiaru wielopunktowego, spust migawki musi być cały czas wciśnięty do pomiaru światła) oraz korygowania ekspozycji na światła lub cienie przy pomiarze punktowym; lewa dłoń może poruszać się między tyłem i przodem aparatu – z przodu nastawiamy nią ostrość i dźwignią przymykamy przysłonę do wartości roboczej dla sprawdzenia głębi ostrości i do pomiaru światła przy przysłonie roboczej (na lewo od obiektywu, patrząc od strony użytkownika), natomiast na lewo od pryzmatu z tyłu aparatu palcem wskazującym lewej ręki możemy uruchamiać przyciski sterujące różnymi funkcjami, podczas gdy prawą ręką zmieniamy wartości przy użyciu pokrętła wprowadzania danych (na górze znajdują się: przycisk zmiany trybu pracy oraz sposobu dokonywania pomiaru a ich równoczesne naciśnięcie pozwala na ekspozycję wielokrotną; z tyłu aparatu: włączenie aparatu, ręczne wprowadzanie czułości filmu oraz korekta ekspozycji, a równoczesne przyciśnięcie tych dwóch ostatnich uruchamia funkcję Safety Shift czyli zawór bezpieczeństwa).

Przyciski, które znajdują się bezpośrednio pod prawą dłonią w kieszeni zamkniętej klapką to te, które Canon uznał za rzadziej używane: wyłączanie diod w wizjerku (rozwiązanie przejęte z Canona A-1) lub podświetlanie wyświetlacza ciekłokrystalicznego na zewnątrz i w wizjerku, sprawdzanie stanu baterii, zwijanie powrotne przed dojściem do ostatniej klatki, zmiana trybu pracy motoru oraz uruchamianie samowyzwalacza. Canon T90 był pierwszym aparatem z takim rozwiązaniem (obecnie stosuje się je w aparacie EOS 1 a wydaje się, że w pewnym sensie przejęła je Minolta w lustrzankach serii Dynax xi). O ile mogę się zgodzić, że część z tych funkcji jest rzadko używana, to zmiana prędkości przesuwu filmu oraz przejście w tryb pracy samowyzwalacza wydają mi dość podstawowe i ukrywanie ich, pewnie po to, by nie zaśmiecać przyciskami zewnętrza aparatu, wygląda na zabieg trochę kosmetyczny. Ale trzeba powiedzieć, że otwieranie klapki nie jest specjalnie uciążliwe … póki nie przyjdzie zima. Klapkę otwiera się dzięki niewielkiemu wcięciu i w grubych rękawicach nie można jej otworzyć. Rada: ryzykować odmrożenie ręki i zdjąć rękawicę lub przykleić kawałek taśmy klejącej do klapki tworząc rodzaj uchwytu, za który pociągamy otwierając klapkę. Proste? Pewnie i dlatego genialne. Ale trzeba powiedzieć, że jest to niedopracowany element konstrukcji aparatu. To samo dotyczy przycisków umieszczonych w samej kieszeni: są za małe i gruba rękawiczka uniemożliwia zmianę funkcji tak podstawowej w aparacie z szybkim silnikiem, jak zmiana trybu lub szybkości jego pracy. Natomiast pokrętło i przyciski na zewnątrz aparatu w zasadzie dają się uruchamiać nawet przez rękawicę.

Siła napędowa
T90 nie pracuje specjalnie cicho i na pewno osobie znającej modele EOS 5 (A2E w USA), 100 (ELAN) czy 1000 FN (REBEL S) wydaje się szokująco głośny. Ale cały ten hałas brzmi pewnie. Słychać, że aparat pracuje. Przesuw filmu odbywa się albo pojedyńczymi klatkami albo w sposób ciągły z wybieralną przez użytkownika prędkością 2 lub 4,5 klatki na sekundę przy użyciu integralnego motoru bez żadnych dodatkowych urządzeń (Power Drive Booster E w przypadku EOSa 1 oraz innego pojemnika na baterię w przypadku Nikona F4 robiącego z niego wersję F4S). Co ciekawe: hałas przesuwu filmu jest największy w trybie pracej ciągłej z prędkością 2 klatek na sekundę (głośniejszy niż przy 4,5 klatki) oraz przy długich czasach naświetlania, gdy ekspozycja kończy się przewinięciem do następnej klatki. Może jest to złudzenie spowodowane tym, że odgłosy różnych operacji (naciąganie migawki, jej otwieranie i zamykanie i przewijanie filmu) zlewają się przy bardzo szybkim przesuwie filmu w monotonny i mniej drażniący hałas. Ale może tkwi tu prawdziwa przyczyna konstrukcyjna. Otóż przy 4,5 klatki na sekundę motor naciągający migawkę i film obraca się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, natomiast dla uzyskania mniejszej prędkości polaryzacja zostaje odwrócona i motor kręci się w odwrotnym kierunku. Zwijanie powrotne jest dość hałaśliwe i działa automatycznie, czy chcesz tego, czy nie po 36 klatakach, lub, gdy skończy się film (jeżeli jest krótszy niż 36 klatek), zależnie od tego, co nastąpi wsześniej. Tak, po 36 klatkach; nie można zrobić 37 czy 38 jak to się udaje w wielu innych aparatach. Po prostu, gdy licznik odliczy 36 klatek włącza się automatyczne zwijanie powrotne. Jako, że ładowanie filmu odbywa się automatycznie po zamknięciu aparatu, nie można zrobić dodatkowej klatki na początku filmu. Oczywiście niektórzy specjaliści twierdzą, że to dobrze, bo próba upchnięcia jednej, dwóch lub nawet trzech klatek więcej na filmie 36 klatkowym doprowadza często do zerwania perforacji lub porysowanie filmu, a ponadto (choć problem ten nas jeszcze nie dotyczy) większość używanych na zachodzie automatów tnących i ramkujących slajdy i tak ramkuje 36 klatek, a resztę filmu wyrzuca. I rzecz, która trochę irytuje, jeśli się samemu obrabia materiał fotograficzny, albo zwija nie do końca naświetlone filmy, chcąc je w przyszłości założyć ponownie do aparatu i skończyć: T90 zwija film całkowicie do kasety.

Foto-Kurier

Dodatkowe informacje

Waga 1 kg